facebook

Dlaczego na Sycylię się wraca?
Kiedy rozważałam przyjazd do Lo Stagnone na kite nie znałam Sycylii pod żadnym względem. Jedyne
skojarzenia jakie miałam to mafia, miasto Palermo, a poza nim wiocha w porównaniu z północą
Włoch. Może nie miałam negatywnego nastawienia, ale nie spodziewałam się po tym miejscu niczego
szczególnego. Jedyny powód, dla którego warto było rozważyć ten wypad, to dobre warunki
wiatrowe i tanie loty. To wystarczyło żeby się zebrać i sprawdzić miejsce.
Kiedy po tygodniu wylatywałam, wiedziałam, że ja tu bardzo szybko wrócę. Wróciłam po 4 dniach i w
zasadzie już zostałam. Co zabawne, nie ja jedna przeszłam syndrom rychłego powrotu na Sycylię. W
zasadzie każdy, kto tu przyjedzie, wraca. Najczęściej jeszcze w tym samym sezonie. Bo to miejsce jest
jak magnes!

Składa się na to wiele elementów. Słońce – jest po prostu wszędzie, ilość światła słonecznego jest
nieskończona i dociera wszędzie. I wpływa na wszystko. Rozgrzewa pola winogron i pomidorów i ziół
dając niepowtarzalny zapach tego miejsca. Podnosi siłę wiatru (nasza droga termika!), który nie tylko
wypełnia nasze latawce ale też daje nam ulgę przy trzydziestostopniowych temperaturach. Słońce
wysusza wodę w salinach, gdzie właśnie krystalizują się bryły soli tworząc wyjątkowy krajobraz tego
miejsca. W salinach brodzą flamingi, a na ich tle mienią się stare wiatraki. No po prostu bajka, a jakby
tego było mało słońce zachodzi tu codziennie w tak spektakularny sposób, że nie ignorują tego nawet
lokalesi.

Woda! Kto by pomyślał, że na takiej suchej wysepce jest tyle różnej wody! I tak – mamy płaską, płytką
i ciepłą zatokę do pływania i nauki, mamy swoje miejsca na wave, gdzie woda jest chabrowa, chłodna
i głęboka. Mamy dzikie plaże wysp Egady, gdzie woda jest błękitna i przejrzysta na wiele metrów.
Mamy płyciznę San Teodorro, gdzie opalamy się leżąc na piasku w dziesięciocentymetrowej wodzie
koloru lekkozielonkawego. A na wake mamy turkusowe jezioro. Przy naszym spocie spotykają się ze
sobą morze Tyrreńskie z Śródziemnym. Co niesamowite, można by odrysować linijką to miejsce. Co
oznacza że mamy literalnie dwie różne wody obok siebie. Mogłabym wymieniać dalej, ale jest jeszcze
tyle innych rzeczy.

Sycylijczycy mają bardzo prostą kuchnię ale w tej prostocie jest magia. A właściwie w składnikach.
Jeżeli weźmiemy najlepszego pomidora pod słońcem i połączymy go z oliwką z tutejszych drzew,
chrupiącą sałatą z pobliskiego pola, wszystko polejemy oliwą tłoczoną na miejscu i posypiemy ziołami
z doniczki przed domem, wychodzi poezja na talerzu, mimo, że sałatka poraża prostotą. Sycylijczycy
gotują z uroczą nonszalancją, ale bez zadęcia. Używają tego, co akurat mają pod ręką i za każdym
razem bez wyjątku jedzenie jest po prostu pyszne. Niemniej jednak powiedziałabym, że ta

dezynwoltura nie dotyczy słodkości. Cukierenki to małe galerie sztuki. Ale tego nie da się opisać
słowami.

Zupełnie innym tematem jest czas. Sycylia zachodnia jest tak daleko od reszty świata, że nie należy
się dziwić zakrzywieniu czasoprzestrzennemu. Czas autentycznie płynie wolniej. Jednym z pierwszych
włoskich słów jakich się nauczyłam było dopo – później. Kto jest na wakacjach, uśmiecha się
pobłażliwie. Ale przedsiębiorczego Polaka, który wiąże się zawodowo z tym miejscem trafia szlag jak
słyszy dopo. Do czasu! Można się oburzać że przyjemność takie jak kawa i ciastko, rozmowa z każdą
spotkaną osobą, czy drapanie psa za uchem stanowią priorytet nadrzędny względem palących
obowiązków, ale skoro wszyscy wychodzą tu z takiego założenia, to może nie jest to takie głupie –
życie w efekcie staje się jakby milsze 🙂
Mimo leniwego czasu, rolniczo-nadmorskiego krajobrazu i wątpliwego usportowienia lokalnych
Sycylijczyków, miejsce jest idealne do aktywnego wypoczynku, choć wcale nie zachęca do tego
nachalnie.

Kitesurfing to oczywiście numer 1. Na palcach jednej ręki można policzyć w Europie płytkie zatoki ze
stałym, regularnym wiatrem. I zawsze z czymś jest problem – a to fale, a to zimno, a to rzadko wieje,
a to brakuje infrastruktury, a to drogi i daleki dojazd itd. Tutaj wieje, jest płytko, woda jest ciepła, cała
infrastruktura jest nad samą wodą, choć wcale nie jest oblężona przez tłumy surferów w
boardshortach na piankach, a Ryanair ląduje 6 km od spotu. No idealnie po prostu.

 

Ale nie samym kitesurfingiem człowiek żyje – są windy, SUPy, jest wake (odkryliśmy fenomenalne
miejsce na wake!). Można wziąć rower i pojechać na saliny, można pobiegać wzdłuż morza, popływać
w jaskiniach Marettimo, a kto lubi hiking leci do rezerwatu Zingaro albo wyspy Egady, gdzie widoki na
szlakach odbierają mowę. Nawet średnio aktywnym jakoś tutaj bardziej się chce.

I jeszcze jeden element brakujący do układanki – cywilizacja, bo czasem i tego człowiekowi się
zachciewa. No i jest – na dole Marsala, nad nami Trapani, nieco wyżej Palermo. Są knajpy, jest street
food, są sklepy, imprezy, zgiełk, kurz, gwar i klaksony. I jakby tego było mało, pomiędzy tym
wszystkim poprzetykana jest kultura i historia, na wyciągnięcie ręki, bo tę Sycylię ludzie odkryli

tysiące lat temu i trochę po nich zostało. A to akropol, a to pomnik, a to kościółek, a to akwedukt, a
to świątynia taka sprzed naszej ery, taka z kolumnami.

Ja bym do tej Sycylii już nic nie dodała. Wszystkie te elementy skłądają się na komplet pt. ‘miejsce,
które oferuje wszystko’ – wszędobylskie słońce, woda w każdym możliwym kolorze, jedzenie
aktywujące nowe obszary w mózgu, uroczy lokalni ludzie ze swoim uroczym usposobieniem (to jest
temat na odrębny wpis), pole do wszelkiej aktywności i cywilizacja, jakkolwiek ktoś ją pojmuje.
A wszystko to nienachalnie zaoferowane nadal nielicznym turystom, ale przede wszystkim
mieszkańcom, którzy wiedzą doskonale jak korzystać z potencjału swojej wysepki. Trzeba samemu
sięgnąć po to, na co mamy ochotę, ale zawsze jest po co sięgnąć. Im więcej się sięga i odkrywa tym
bardziej człowiek się zakochuje w tym miejscu. I dlatego do niego wraca!

Powrót